Gorzko mi…
No i po wyborach.
Na następne poczekamy trzy lata.
Jeśli ktoś zna moją wątpliwą życzliwość w odniesieniu do profesji polityka, to zrozumie podsumowanie w rodzaju – koryto to samo (choć pustawe się robi) i skład osobowy trzody korzystającej z tego koryta został mało zmieniony. A zadecydowali o tym przy urnach małomiasteczkowi i wiejscy suwereni, skazani na wchłanianie wątpliwej prawdy z radia i telewizji rządowej (kurwizji, znaczy), ślepo i głupio ufający politykom tam występującym. Nie trzeba było jasnowidza Jackowskiego, żeby to przewidzieć.
Sprawdza się stare postkomunistyczne przekonanie i rządzenie na zasadzie „raz zdobytej władzy nie oddamy już nigdy”.
Pojedynek nie był fair. W sumie walenie poniżej pasa przeciwnika grającego w sumie dość czysto. A potem to oczekiwanie „zwycięzcy” na uściśnięcie sobie rąk… Ja bym na miejscu przegranego z bolącymi genitaliami – za nic do uścisków się nie pchał.
Pozwalam sobie na sarkazm, a w żadnym razie nie na ubolewanie. Mamy to, czego większość z nas pragnęła, a Sąd Najwyższy zapewne przyklepie. Także ugrupowanie panujące ma, czego chciało. A jeśli władza to rodzaj narkotyku, to niech władający używają sobie jak w narkotycznym śnie na covidowej rzeczywistości. Mam nadzieję, że do czasu, jak uczy historia najnowsza…
Wspomniane używanie będzie miało wszak swoje ograniczenia. Art. 216 ust. 5 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej zawiera np. ograniczenie rangi ustrojowej – mówi o tym, że „Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto. Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawa.”.
A już władze kombinują, jak to ograniczenie znieść, bo 60% rocznego PKB może być kwotą nieco przymałą, biorąc pod uwagę rozpasane potrzeby i realne możliwości pozyskania dużych i tanich pożyczek z kasy unijnej. Czy można zatem dziwić się wykazanemu listownie niepokojowi byłych ministrów finansów, który domagają się większej jawności stanu finansów Państwa?
Za istotne ograniczenie luksusu sprawowania władzy uznać należy również, co władza konstytucyjna już dostrzegła, istnienie „czwartej władzy”, czyli niezależnych mediów, prasy, radia i telewizji pozostającej kapitałowo w prywatnych rękach. Bo duża część czwartej władzy „nie popiera i przeszkadza” (za PJK) dokonywaniu „dobrej zmiany”. To i trzeba mocno pokombinować, jak by tu wcisnąć się w szeregi posiadaczy kapitałów udziałowych i akcyjnych spółek władających „czwartą władzą”. O środki finansowe nie będzie trudno; Prezes NBP i spółki wchodzące w skład aktywów państwowych pomogą.
A z drugiej strony, jakim sposobem zmusić polskich i zagranicznych inwestorów w spółki medialne do odsprzedaży swoich udziałów lub emisji akcji pod potrzeby łaknących zakupu tych akcji spółek Skarbu Państwa. Czy też do zgody na konieczne powiększenie kapitału podstawowego. Znów uchwalana będzie którejś nocy ustawa ad hoc zmieniająca kodeks spółek handlowych?
O zarazie.
Koronawirus nie odpuszcza. Wbrew skrytym i głośnym życzeniom Premiera Najjaśniejszej RP zapraszającego na bezpieczne wybory. Bijemy kolejne rekordy dzienne ilości zarażonych współobywateli. Na ile przyczyniły się temu rekordy frekwencji wyborczej, trudno jednoznacznie wykazać, ale coś w tym chyba jest. Za bardziej pewne uznaję większe ilości przeprowadzonych testów w ramach badań „przesiewowych”.
Poluzowano przecież jednocześnie rygory dotyczące gremialnych uczestnictw w weselach, pogrzebach, imprezach masowych i uczestnictwa w ceremoniach religijnych odbywających się w kościołach katolickich. Po ulicach można poruszać się pieszo bez maseczek. Maseczki obowiązują w środkach komunikacji miejskiej i podmiejskiej, podczas zakupów w sklepach, bytności w urzędach.
A Polacy, jak to Polacy. Im byle wirus niegroźny. Jeśli już, to noszą brudne, nieprane maseczki na brodzie, co najwyżej na ustach. Na zwróconą uwagę odpowiadają arogancko, że oni to się akurat nie boją i nie wierzą w jakieś tam zarazy. I bywają antysystemowi – władza kłamie. Ciekawe, ale brakuje im argumentów, jeśli argumentuje się im, że oni mogą się nie bać, ale strach ogarnia nas na ich widok, bo to oni są potencjalnym źródłem zakażenia.
Bać się należy nie tyle koronawirusa, co nieodpowiedzialnego zachowania niektórych naszych współobywateli, którzy okazują się głupsi od drobnoustrojów.
Tyle o gorzkiej współczesności.
Reszta mojego wpisu powstaje na zamówienie sformułowane w komentarzu następująco:
„…podczas uroczystości komunijnej przysiadł się do mnie mój dorosły już, acz niewidziany dawno, chrześniak. Od słowa do słowa, okazało się, ze zaczepił się w jednej z firm ale chciałby skończyć kurs prowadzenia ksiąg rachunkowych, widząc w tym lepsze dla siebie perspektywy. Młodość jest ponoć najpiękniejszym okresem w naszym życiu, ale słuchając Michała zacząłem w to powątpiewać. Jego młodość, to życie od wypłaty do wypłaty, spłacanie kredytów i zaciąganie nowych pożyczek. W tym kontekście dodatkowy wydatek na kursy uzupełniające zawodowa wiedze jest problematyczny, by nie powiedzieć – nierealny. Czy nie mógłbyś, Adminie, korzystając z zasobów Twojej wiedzy, pomoc takim ludziom jak mój chrześniak? Podejrzewam, ze nie jest on wyjątkiem.”.
Czytając to wezwanie zadumałem się mocno. Bo w jaki sposób tu pomóc. W ostatniej kolejności muszę brać pod uwagę rozpoczęcie na moim blogu darmowego szkolenia on-line z rachunkowości. Nie dam rady, siły już nie te. No i trudno nie zwrócić oczywistej uwagi, że to ja musiałbym zainwestować mocno w przebudowę mojego miejsca w internecie i zaniechać mojej bezinteresownej, pamiętnikowej nieco działalności.
A można przecież inaczej.
Pamiętacie może początki III Rzeczypospolitej, w ostatnich latach XX wieku? Mówiło się wtedy o metodach zaspokajania potrzeb socjalnych społeczeństwa. Byliśmy w znakomitej większości biedni. Nie panował może głód, ale zaczęliśmy oglądać się bez żenady na poziom życia krajów zachodnich. Potrzeby bywały rozbudzane przez polityków, głównie w okresach kampanii wyborczych.
Pamiętacie koncepcję powszechnego uwłaszczenia? Jednym z twórców tego mitu był Lech Wałęsa, a ktoś z jego otoczenia wymyślił nawet hasło „sto milionów dla każdego”. W 1993 r. ze stu milionów zrobiło się nawet trzysta milionów. Powstał nawet projekt ustawy w tej sprawie. A nawet rozpisano referendum powszechne, tzw. uwłaszczeniowe przed wyborami 1995 roku – na szczęście bez rezultatu, gdyż znikoma była frekwencja.
Pamiętacie, jak próbowano dzielić majątek PGR-ów? Jak próbowano rozdawać za friko pracownikom mieszkania zakładowe?
Stara chińska przypowieść opowiada o głodnym żebraku, któremu ktoś z dobrego serca dał rybę. Żebrak rybę zjadł i po kilku godzinach znowu był głodny. Następnego dnia ktoś mądrzejszy i przezorniejszy podarował żebrakowi wędkę i nauczył go łowić. Odtąd żebrak nie wiedział, co to głód. Codziennie łowił ryby i przyrządzał sobie z nich posiłki, a z czasem zaczął nadmiar złowionych ryb sprzedawać. I tak, oprócz sytości, wędka zapewniła mu z czasem dach nad głową, pracę i stałe dochody.
Chińska mądrość mądrością pozostaje, niemniej w naszej polskiej rzeczywistości potrzebuje pewnego dostosowania.
Każde przedsięwzięcie obliczone na zysk, czy choćby korzyść wymaga inwestycji. Inwestycja obliczona na zysk potrzebuje pieniędzy. Jeśli nie ma się własnych środków, a rachunek opłacalności inwestycji wygląda przekonująco, to należy poszukać sponsora, kredytu lub pożyczki. Znalezienie sponsora to na ogół kwestia szczęścia i daru przekonywania, a kredyt lub pożyczka to kwestia zdolności kredytowej. Racjonalny rachunek bankowy pozbawia jednak możliwości pozyskania kredytu około dwóch miliardów ludzi na świecie, którzy zdolności kredytowej nie mają i mieć pewnie nie będą.
Wiedza jest w obecnym świecie towarem, który kosztuje i to niemało. Wszak wiedzy nie otrzymuje się szybko i za darmo. To i rozdawać jej, jak rybę, nie wypada. Nie mam zamiaru tego robić choćby przez szacunek dla rzeszy pracujących, często za byle jakie pieniądze, Koleżanek i Kolegów szkoleniowców. Natomiast mogę publicznie zdradzać pewne tajniki pozyskiwania wiedzy o rachunkowości. Także rozumieć problemy rachunkowości i próbować je rozwiązywać – także tutaj, na moim blogu. Także przy pomocy poczty elektronicznej – adres udostępniłem na stronie mojego bloga zatytułowanej: „Kontakt”
Czyli, inaczej mówiąc, chcę dawać wędkę głodnemu. Robiłem to wielokrotnie, robię i będę robił.
Jak jest z naszą polską rachunkowością – spróbuję pokrótce opisać.
Wraz z upadkiem gospodarki centralnie sterowanej o PRL-owskim rodowodzie i przedsiębiorstw państwowych, rynek pracy zasilili w dużej liczbie księgowi fachowcy gotowi do pracy w prywatnych jednostkach gospodarczych, a jakiś czas później w biurach rachunkowych świadczących usługi księgowe. Moim zdaniem, fakt ten przyczynił się w znacznym stopniu do utworzenia prawidłowo funkcjonującego prywatnego sektora gospodarki. Posunięcia Rządu RP, w tym uregulowanie możliwości świadczenia usług księgowych przez wydawanie przez Ministerstwo Finansów specjalnych certyfikatów, a później fatalna, ustawowa deregulacja możliwości świadczenia tych usług, zmieniła zupełnie obraz rachunkowości w RP.
Policzono (dane KPMG) w ostatnich latach (przed epidemią), że na rynku funkcjonuje ponad 70 tys. biur rachunkowych, z których połowa wykazuje aktywność, oferując swe usługi ponad 2 milionom przedsiębiorców. Na outsourcing księgowości zdecydowało się 65% przedsiębiorców, w tej liczbie znakomita większość zleca prowadzenie ksiąg podatkowych (PKPiR). Księgi rachunkowe (KH) prowadzi się na ogół nie z potrzeby, a z konieczności i jest wymuszone przepisami ustawy o rachunkowości – np. kapitałowe spółki prawa handlowego co do zasady prowadzić muszą KH.
Nie jest tajemnicą, że tylko niewielka część biur rachunkowych podejmuje się świadczenia usług księgowych w postaci prowadzenia KH. Nie jest też tajemnicą, że jakość tych usług nie spotyka się z powszechnym uznaniem przedsiębiorców świadomych wagi problemu (co zauważyłem w poprzednich publikacjach na blogu). Przyczyną takiego stanu rzeczy jest poziom kwalifikacji osób odpowiedzialnych za prowadzenie ksiąg rachunkowych i w równej mierze poziom kwalifikacji osób zatrudnionych do księgowania w KH.
Rzesza księgowych, którzy mogą wykazać w swoich CV pracę w socjalistycznych przedsiębiorstwach państwowych, mocno się skurczyła i na ogół są to księgowi z uprawnieniami emerytalnymi. Inni wykwalifikowani księgowi (dla uproszczenia posługiwał się będę formą męską) to osoby, które zostały wyszkolone już w III RP. Honor należy oddać księgowym posiadającym certyfikat Ministerstwa Finansów uprawniający do świadczenia usług księgowych, o ile swój zawód uprawiają z powodzeniem i stale rozwijają swoje kwalifikacje. Równy szacunek należny jest księgowym, którzy na własny koszt lub rachunek przedsiębiorcy ukończyły szkolenia z certyfikatami potwierdzającymi ich kwalifikacje.
Cóż można powiedzieć o rzeszy innych księgowych o kwalifikacjach samouków. Ano, bez zweryfikowania tych kwalifikacji – praktycznie nic.
Całkiem przyzwoity rynek szkoleń przygotowujących do zawodu księgowego zaczął, niestety, upadać w RP około roku 2010. Jedna po drugiej kończyły swój żywot instytucje szkoleniowe. Po prostu brakowało na rynku na ten cel pieniędzy. Przestali wykazywać zainteresowanie szkoleniem księgowych przedsiębiorcy, gdyż bardziej opłacalnym wydawał się outsourcing księgowości. Natomiast powstające jak grzyby po deszczu biura rachunkowe poszukiwały wyłącznie wyszkolonych księgowych; inwestycje w kapitał ludzki nie wydawały się inwestycjami opłacalnymi w sytuacji, gdy konkurencja była duża i ceny usług musiały być konkurencyjne, czyli niskie. Prowadzenie biura rachunkowego w tej sytuacji nie było na ogół biznesem, tylko sposobem na życie.
O sytuacji na rynku szkoleń przygotowujących do zawodu księgowego mogę zaświadczyć osobiście – sam musiałem zrezygnować z uprawiania zawodu szkoleniowca – zleceń coraz mniej, a proponowane stawki za godzinę szkolenia były obcinane do granic odpowiadających wyłącznie szkoleniowcom bardzo, bardzo zdesperowanym.
W chwili obecnej szkolenia tzw. stacjonarne, kończone egzaminem i certyfikatem, dość drogie, organizuje Stowarzyszenie Księgowych w Polsce. Skorzystać można również z bardziej powszechnych i dużo tańszych szkoleń on-line, organizowanych przez serwisy internetowe – reklamy nie będę uprawiał; podam jedynie nazwę jednego ze szkoleń: „Zrozumieć pełną księgowość”. Za jakość i skuteczność szkoleń w SKwP mogę ręczyć. Co do innych szkoleń – ręczyć nie mogę – jestem zdania, że wymagają one znajomości podstaw rachunkowości..
Jak w tej sytuacji mogę pomóc Michałowi, chrześniakowi Czytelnika mojego bloga, który w tej sprawie zwrócił się do mnie w komentarzu do mojego wpisu? Michał, jak rozumiem, jest w sytuacji osoby pragnącej uzyskać nowe kwalifikacje, które byłyby użyteczne na rynku pracy księgowych, ale nie stać Go na opłacenie szkolenia, dającego certyfikowane kwalifikacje do podjęcia pracy w zawodzie.
Czego Michałowi stanowczo nie radzę?
Nie radzę polegać wyłącznie na internecie, jako źródle wiedzy o rachunkowości.
Internet zawiera mnóstwo wiedzy z tej dziedziny, ale wiedzy nieuporządkowanej, publikowanej według stanu wiedzy autorów publikacji, z których nie wszyscy mogą być uznani za autorytety (delikatnie rzecz ujmując).
Nie można też przyjąć, że kompletną wiedzę o rachunkowości zawiera publikowana w internecie ustawa o rachunkowości. Znawca ustawy o rachunkowości nie może nazwać siebie znawcą rachunkowości. W przeciwieństwie do znawców treści ustaw podatkowych, którzy mogą być uznani za ekspertów w tej dziedzinie.
Pisałem o tym w mojej blogowej publikacji pt. „Jak zrobić karierę w księgowości” osiągalnej pod linkiem: https://www.zbychd.pl/jak-zrobic-kariere-w-ksiegowosci/
Co radziłbym, by poznać rachunkowość bez naruszania budżetu domowego, grożącego zjawiskiem znanym jako „handlowanie głodem”?
Otóż, jest publikacja, którą polecam wszystkim chcącym zapoznać się z rachunkowością bez ponoszenia wygórowanych wydatków pieniężnych. Zalecam zakup i przestudiowanie świetnego „Podręcznika samodzielnej nauki księgowania” autorstwa Barbary Gierusz (wykładowca akademicki, dr hab., profesor UG). Jest to inwestycja na poziomie 40 zł.
Jeśli okaże się, że rachunkowość jest w stanie zainteresować czytającego to warto spróbować ćwiczeń polegających na rozwiązywaniu zadań zawartych w kolejnym podręczniku tej samej autorki, pt. „Zbiór zadań do podręcznika samodzielnej nauki księgowania” – cena na poziomie 22 zł.
Osiągalny jest też (także w komplecie) podręcznik tej samej autorki, zawierający rozwiązania tych zadań, pt. „Zbiór rozwiązań do podręcznika samodzielnej nauki księgowania” – cena około 18 zł.
Okazuje się zatem, że można poznać całkiem przyzwoicie podstawy nauki rachunkowości i poruszania się w zawodzie księgowego, inwestując w początkowe kształcenie kwotę na poziomie 80 zł. Czy to kwota wygórowana? Może i tak, bo widzę w wyszukiwarce wujka Google’a poszukiwania ww. podręcznika do ściągnięcia na własny dysk w formacie pdf. Cóż, kult darmochy w RP staje się coraz powszechniejszy. Bratni mu kult głupoty też zyskuje poważanie i poparcie, co zacząłem wykazywać na początku mojego wpisu.
Samodzielna nauka księgowania prowadzona w taki sposób ma ogromną zaletę. Uczysz się wtedy, kiedy chcesz i kiedy możesz. Jeśli treści zawarte w podręczniku nie zanudzą w stopniu grożącym przysypianiem, a nadto przekonają czytelnika, że starczy mu do wykonywania zawodu księgowego pewnych osobistych predyspozycji – można kontynuować naukę.
Bo nie każdy nadaje się do tego zawodu. Najczęściej wskazywane predyspozycje do pracy w księgowości to umiejętność analitycznego myślenia, rzetelność, dokładność oraz odporność na stres lub presję zadaniową. Księgowy nie musi odznaczać się wybitnym talentem matematycznym, ale biegłość w liczeniu i operowaniu liczbami jest bardzo przydatna. Należy być również przygotowanym na konieczność stopniowego opanowywania przepisów prawa podatkowego, gdyż nawet początkujący księgowy będzie musiał uczestniczyć w przygotowywaniu danych do VAT, oraz obliczania zaliczek i kwot występujących w zeznaniach PIT i CIT.
Mógłby ktoś w tym miejscu zaprotestować i wytknąć mi z nutą ironii – a nie próbujesz Autorze Szanowny zepchnąć problem na cudze barki i dać sobie, kolokwialnie rzecz ujmując – pewien luz?
No nie, chyba jednak nie. Po to przecież uruchomiłem tego bloga, by pomagać Koleżankom i Kolegom oczekującym pomocy w opanowaniu tajników aktywów i pasywów oraz zmian w nich zachodzących. Bez naśladownictwa profesjonalnych serwisów, w tym GOFIN-a, czy INFOR-u. Nie mam zamiaru z nimi konkurować. Chciałbym natomiast włączyć się w rozwiązywanie istotnych problemów rachunkowości w RP, czy też pomóc zatrzymać wynaturzenia pojawiające się w obsłudze finansowo-księgowej przedsiębiorstw zobligowanych do prowadzenia KH.
I działać na zamówienie czytelników mojego bloga. Których to zamówień wypatruję jak kania dżdżu.
I których wciąż jest dla mnie za mało.