Przemyślenia Admina

Dziękuję, jeszcze żyję…

Mam przerwę nadzwyczaj długą w aktywności na blogu. Spowodowana była problemami natury osobistej i zdrowotnej, nie do publicznego roztrząsania zupełnie, więc przejdę nad nią do umyślonego porządku blogowania. Zawiedzionych moją nieobecnością czytelników proszę o wybaczenie.

Przychodzi w życiu człowieka wiek i stan zdrowia, w którym na pytanie – co słychać – odpowiada się zazwyczaj – dziękuję, jeszcze żyję. A co dopiero, kiedy na to wszystko nałoży się groza płynąca z otoczenia zewnętrznego.

Nie przyszłoby mi do głowy przy składaniu ostatnich życzeń noworocznych, jaki może być ten rok 2020. Myślałem sobie, że co najwyżej jakieś bardziej znaczące wydarzenia mogą wystąpić przy okazji wyborów prezydenckich. Ale w końcu niewiele może dotknąć człowieka, który w te i podobne wybory nie angażuje się emocjonalnie. I jak zwykle już humor psują – susza coroczna, straty w rolnictwie, niestabilna pogoda, galopujące ceny żywności, inflacja, głupota płynąca z ust polityków w programach niereformowalnej kurwizji, awantury w parlamencie RP… Ot, normalka w państwie „dobrej zmiany”.

Stało się jednak coś nieprzewidywalnego, wywracającego porządek rzeczy zupełnie. Mówię o czymś znanym mi tylko z historii, czy też  literatury; czymś obcym, nie do pojęcia przed 13 marca 2020 roku, w piątek oczywiście, żeby uzasadnić lęk przed pewnym fatum, który to lęk nazwano gdzieś tam paraskewidekatriafobią (fajne słowo, nieprawdaż?). Fatum realnym stała się zaraza, choroba COVID-19, roznoszona przez koronawirus, który uzyskał naukowe miano SARS-CoV-2.

O zarazie usłyszałem znacznie wcześniej, z doniesień medialnych o sytuacji w Chinach. Pomyślałem tak, jak wielu – kurczę, tragedia. Ale nie mogło wtedy jeszcze trafić do przekonania mnie i wielu, że ten wirus może zagrozić także i nam – tu w Polsce, tu w naszym mieście, tu w naszym domu, mieszkaniu. A powinny trafić do przekonania te wieści przynajmniej Rządowi RP, informowanemu przez kompetentne służby wywiadu zewnętrznego, choćby po to, by poczynić stosowne przygotowania, polegające na zabezpieczeniu materialnym (ubiory ochronne, sprzęt, w tym respiratory), koniecznej reorganizacji służby zdrowia oraz, co równie ważne – zapobieżenia panice wśród ludności. Po to, by nie ogłaszać niż gruchy, ni z pietruchy stanu epidemii w czarny dzień, 13 dnia miesiąca, w piątek. Z hasłem „zostań w domu”, czy bardziej wytwornie, po angielsku „stay home”. Siedź w domu, człowieku, bo jak się zarazisz, nowego roku możesz nie doczekać.

A my mamy przecież tendencje do lekceważenia takiego niebezpieczeństwa. Dla nas COVID-19 to coś podobnego do grypy, bo w końcu przeżyliśmy strach przez HIV, przed ptasią grypą, przed ebolą. To i ja początkowo miałem zamiar koronawirusa lekceważyć. Ale zaniechałem tego szybko po pewnym zastanowieniu i lekturach, tym bardziej, że tzw. chorób współistniejących u mnie co niemiara.  Kiedy pod koniec marca br. ktoś pytał mnie, kiedy to się skończy, odpowiadałem – będę wiedział więcej w połowie czerwca, co spotykało się z niedowierzaniem, bo to przecież nie może trwać aż tak długo… A teraz łódzcy epidemiolodzy każę się liczyć z niepewnością do jesieni, a nawet mówią coś o kolejnym szczycie zachorowań.

Tyle o odczuciach osobistych, ale, ale… Co tam, Panie, w gospodarce?

Ano, stało się to, co zdarzyć się musiało. Czyli, pierdut (perditus, znaczy). Rozpływał się nie będę. Nikt w końcu polskich przedsiębiorców nie nauczył jak się zabezpieczać przed czymś nieprzewidzianym, co może zaważyć o wypłacalności przedsiębiorstwa, czyli w końcu o jego bycie – zawsze, ale to zawsze poważnie zagrożonym w warunkach braku odpowiednich rezerw kapitałowych, stanowiących m.in. swoiste ubezpieczenie od nieszczęśliwych zdarzeń. Piszę to, jako księgowy, który niejednokrotnie wskazywał na celowość zachowywania pesymistycznego podejścia w ocenie spodziewanego wyniku finansowego przedsiębiorstwa (każących tworzyć rezerwy na zobowiązania, czy odpisy aktualizujące wartość aktywów) oraz pozostawiania w znacznej części wypracowywanych zysków w przedsiębiorstwie. A zatem pod znakiem zapytania stanęła w pierwszych miesiącach pandemii działalność większości mikro i małych przedsiębiorstw, szczególnie branży usługowej (fryzjerów, kosmetyczek), branży hotelarskiej i turystycznej. Także pod nieobecność w kraju przedsiębiorców przebywających na wojażach w ciepłych krajach lub na trasach narciarskich (za częściowo niezamierzony sarkazm przepraszam).

Inna sprawa, że to, co się stało, nie było dopustem bożym dla wszystkich branż. Są takie branże, którym zwyczajnie epidemiczne okoliczności sprzyjają – jak np. farmacja, czy produkcja i handel wyrobami medycznymi. Oczywiście z pominięciem zwykłego cwaniactwa, czy wręcz złodziejstwa, któremu sprzyja każda okazja, także zaraza.

Nad działaniami Rządu RP w ramach licznych (na razie czterech) tarcz antykryzysowych, służących przedsiębiorcom, pozwolę sobie przejść do tzw. porządku dziennego. O merytorycznej zawartości tarcz i ich efektywności można dyskutować wiele i do upojenia. Osobiście uważam, że tarcze te chronią nie zanadto, delikatnie rzecz ujmując, głównie z racji wielu dziur w ich powierzchni oraz trudności w ich uchwyceniu w mało zrozumiałych tekstach ustaw. Do tej pory odczuwam zakłopotanie przebiegiem rozmowy z zaprzyjaźnionym przedsiębiorcą na temat pojęcia „przychód” – szło o to, czy przychód przedsiębiorcy obejmuje VAT należny, czy też nie. Ja ze zrozumiałych względów stałem na stanowisku, że przychód przedsiębiorcy winien być pojmowany, jako przychód netto (bo VAT jest neutralny). Ale gdzie tam – ZUS trwał na stanowisku, że przychód przedsiębiorcy należy rozumieć, jako przychód brutto (ZUS oficjalnie wyjaśniał, że – cytuję – „…brutto, ponieważ jest to przychód.”, odnosząc pojęcie do prognozowanego przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w gospodarce narodowej w 2020). W każdym razie przestałem na czas jakiś pomagać kolegom w pokonywaniu pojęć tarczowych na czas jakiś – okoliczności mnie poniekąd przerosły.

Ostatnio pojawiły się wieści o nowym, ciekawym rozwiązaniu podatkowym, które z założenia ma być rozwiązaniem prorynkowym i propracowniczym – podatku CIT tzw. estońskim, który ma obowiązywać od 2021 roku. Rzecz ma polegać z grubsza na tym, że niewielka (przychód do 50 mln. PLN) spółka kapitałowa osób fizycznych nie będzie opodatkowana CIT, dopóki wypracowany zysk będzie pozostawiany w firmie (nie będą wypłacane dywidendy), czyli w efekcie reinwestowane w firmę będzie 100% zysku.

Z estońskiego CIT będą mogły skorzystać spółki:

  • które nie posiadają udziałów w innych podmiotach,
  • które zatrudniają co najmniej 3 pracowników – oprócz udziałowców,
  • których przychody pasywne nie przewyższają przychodów z działalności operacyjnej,
  • które wykazują znaczące nakłady inwestycyjne.

Wszystkie te kryteria muszą być spełnione jednocześnie.

W ramach korzyści, które ma przynieść dla przedsiębiorców CIT estoński wymienia się, oprócz zmniejszenia obciążeń podatkowych – znaczne skrócenie czasu potrzebnego do tego, aby wypełnić obowiązki podatnika, w tym uproszczenie ewidencji podatkowych.
Natomiast z punktu widzenia fiskusa odejście w ten sposób od corocznego poboru podatku ma przynieść fiskusowi zmniejszenie opłacalności agresywnej optymalizacji podatkowej a nadto ma ograniczyć ukrywanie dochodów przez firmy, a w konsekwencji – zwiększyć szczelność systemu podatkowego.

Wydaje się, że odejście od niepisanej zasady nieoglądania się na rozsądne rozwiązania przyjęte w ustawodawstwach europejskich może przynieść korzyść, o której pisałem wcześniej, tj. zwiększenie rezerw kapitałowych, a przede wszystkim poprawienie płynności finansowej większości małych i średnich podmiotów gospodarczych.

Wadą CIT-u estońskiego może być możliwość naruszenia warunków ochrony wolnej konkurencji obowiązujących w Polsce (i całej UE). W końcu na CIT estoński mogą się nie załapać przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą, wspólnicy osobowych spółek handlowych (jawnych, komandytowych), czy choćby korporacyjne kapitałowe spółki-córki. Czyli, inaczej mówiąc – opisane rozwiązanie podatkowe nie będzie dostępne powszechnie. Ale – jeśli przeszło w praktyce ustalenie „preferencyjnych” stawek PIT i CIT dla określonych, wybranych całkiem dowolnie grup podatników, to może i przejdzie zmodyfikowany CIT estoński. Na wszelki wypadek poczekajmy z wybrzydzaniem na publikację projektu ustawy.

Było już o osobistych i gospodarczych względach wpływu zarazy na rzeczywistość, to może zdań kilka o uwarunkowaniach ustrojowych. Nie jest przecież tak, że względy te funkcjonują od siebie niezależnie. Rząd nie ma przecież własnych pieniędzy (co kiedyś słusznie zauważyła Margaret Thatcher), by mógł je bez wyrzutów sumienia rozdawać między sobą i swoimi pociotkami, tudzież marnotrawić, a resztki nieroztrwonionych sum łaskawie rozrzucać jako kiełbasę wyborczą tam, gdzie polityka wyborcza nakaże akurat to zrobić. A przecież są to w końcu pieniądze pochodzące z podatków i wszelakich obciążeń budżetowych, na które narzekać będzie z równą zawziętością i pracownik, i emeryt i przedsiębiorca. Nietrudno wykazać, że ponad połowę tego, co zarabiamy, musimy oddać fiskusowi i ZUS-owi.

Nie jestem z tych, którzy uwielbiają łowienie ryb w mętnej wodzie. Preferuję porządek w życiu, również gospodarczym, prawie i podatkach. Jestem za przestrzeganiem funkcjonujących od wieków zasad tworzenia prawa, w tym prawa podatkowego. Mam serdecznie dość prawa stanowionego dowolnie, na kolanie, po nocach, przy pomocy specustaw, nadpisujących, czy rozbudowujących przepisy ustaw uchwalonych wcześniej. Mam serdecznie dość cwaniactwa, przemycającego do ustaw mających tworzyć tarcze antykryzysowe przepisy zaostrzające sankcje karne za przestępstwa nie mające nic wspólnego z kryzysem wywołanym pandemią (np. związane z aborcją płodów ludzkich lub błędami lekarskimi).
W miarę rozwinięta znajomość prawa powoduje u mnie wewnętrzny protest w przypadku korygowania „specustawą” w sposób jw. przepisów wypracowanych kiedyś żmudnie ustaw znanych jako różnorakie kodeksy, w tym kodeks karny i kodeks pracy. Zresztą nie oparł się ostatnio doraźnym zmianom chyba żaden z 14. polskich kodeksów.

I jakkolwiek nie jestem w stanie określić się, jako zwolennik, czy choćby sympatyk którejkolwiek z partii funkcjonujących na naszym krajowym rynku politycznym, to jednak jestem za radykalnym odwróceniem się od (nie)porządków panujących w Rzeczpospolitej od 2015 roku, sterujących w kierunku autokracji o z lekka faszyzującym obliczu. Jestem za rozpoczęciem we względnym spokoju pracy „od podstaw”, szanując jedynie postanowienia obowiązującej Konstytucji RP, bo nie czas jeszcze, by w nich cokolwiek zmieniać. Pracę od podstaw należałoby rozpocząć, moim zdaniem, od naprawy dwu najbardziej zniszczonych w Polsce systemów – systemu szkolnictwa i systemu ochrony zdrowia.

A gdybym zechciał poszukać jednego pozytywnego aspektu skutków szalejącego koronawirusa?
Marzy mi się po wyborach prezydenckich ostudzenie nadmiaru emocji politycznych, a krzykaczy wykazujących ich nadmiar skuteczne uciszenie, ze skierowaniem ich przynajmniej na kwarantannę lub do szpitala jednoimiennego w objęcia respiratora, zakupionego przez firmę instruktora narciarskiego.
A co stałoby się, gdybym musiał doczekać w wyborach prezydenckich 2020 porażki obywateli mających dość niedouczonego, a przez to podatnego na manipulacje kołtuństwa zakrzykującego „My chcemy Wroga…”?
Ano nic wielkiego. Będziemy mieli takie rządy i prezydenta, jakie sobie wybraliśmy; na jakie sobie zasłużyliśmy. A że historia lubi się powtarzać…

I obawiam się i cieszę zarazem, że dożyłem ciekawych czasów. Obym mógł je obserwować jak najdłużej.

One Comment

  • salus12

    Witaj dawno nie czytany! Wyglada na to, ze nie tylko „jeszcze zyjesz” ale i w niezlej formie!! Zycze Ci jej w obfitosci wystarczajacej do analiz i komentarzy nt ciekawych czasow, w ktorych przyszlo nam zyc. A wiele wskazuje na to, ze najlepsze jeszcze przed nami…
    Trzymam kciuki!

Zostaw odpowiedź