Obniżka VAT na e-publikacje – co ja mam z tego?
Nie będę
ukrywał, że ja, człowiek starszy i z pozoru tradycjonalista, pokochałem
czytanie książek i czasopism z wykorzystaniem takich zdobyczy cywilizacji jak
laptopy i czytniki e-booków. Korzyści wbrew pozorom wiele – książki papierowe już
zajmują znaczną część mojego małego mieszkanka i, co tu ukrywać, czytanie na
ekranie jest znacznie wygodniejsze. Nadto zdrowsze jest podobno na czytnikach
e-booków z ekranami wykonanymi w technologii e-ink. Zdrowsze dla oczu i
portfela – na porządnym czytniku można e-booki czytać i po ciemku.
Stąd z entuzjazmem i niecierpliwym oczekiwaniem przyjąłem wiosenne zapowiedzi
urzędowego obniżenia stawek VAT na e-booki i e-prasę jeszcze w 2019 roku. Pierwsza
zapowiedź mówiła o kwietniu, kolejna o czerwcu, w końcu stanęło na listopadzie.
Rzeczywistość była bowiem kuriozalna. Sprzedaż książek i prasy drukowanej objęta była preferencyjnym, obniżonymi stawkami VAT. E-booki i e-prasa preferencjom nie podlegały. A to dlatego, że publikacje elektroniczne traktowane były nie jako towary, a jako usługi i stąd nie mogły być objęte stawką VAT preferencyjną. Jeśli ktoś zwracał uwagę, że to nonsens, tłumaczono się, że winna jest Unia Europejska, bo to ona nie pozwala. A ja wiem swoje – po prostu nasi rządzący nie wpadli na pomysł, by o objęcie e-booków i e-prasy stawką preferencyjną odpowiednio wcześnie do UE zawnioskować. Wiedziałem, że w wielu krajach UE podobne nonsensy od dawna nie występują.
I oto zamiast dotychczasowej, wyższej stawki VAT na książki elektroniczne, czyli 23%, mamy od 1 listopada stawki dwie – 5% na e-booki i audiobooki oraz 8% na e-prasę.
No i co z tego?
Przeglądałem w pierwsze, świąteczne dni listopada oferty moich ulubionych księgarni oferujących e-booki i e-prasę, szukając obniżek cen. I szukam do dziś, nic takiego nie znajdując. Znalazłem za to mnóstwo obniżek cen czynionych w ramach jakowychś promocji. Z tym, że promocje sięgają 10%, a obniżka VAT na e-booki powinna skutkować obniżeniem ceny o z górą 15%. Prawdę mówiąc wysłuchałbym grzecznie argumentów księgarzy, że obniżka stawek VAT i idąca za tym obniżka cen to operacja trudna, wymagająca dużych zmian w komputerowych systemach sprzedaży. Że nie było stosownego okresu przejściowego, że wymaga to uzgodnień z wydawcami…
Ale i nie zgodziłbym się z tymi argumentami do końca. Po pierwsze – o zmianie stawek VAT wiadomo było od dość dawna (ustawę Prezydent RP podpisał w sierpniu br.) – był czas na negocjacje z wydawcami, na wklepanie do systemów komputerowych zmienionych stawek VAT, na ustalenie cenników.
Ogromnie ciekawy jestem, czy podwyżka stawek VAT odbyłaby się z równym opóźnieniem korekt cenników? Pamiętając o nie tak dawnej podwyżce podstawowej stawki VAT o jeden punkt procentowy, stwierdzam, że odbyło się to wcale sprawniej.
Osobiście jestem, delikatnie rzecz ujmując, zawiedziony. Choć należałoby sprawę ująć mocniej – czuję się oszukany. Na obniżce VAT na e-publikacje zyskują tylko księgarnie.
Może dotrze to do głów sprzedawców, którzy nadal nie rozumieją, że VAT jest dla nich neutralny – VAT to jest moje osobiste obciążenie, a nie wasze, Szanowni Państwo Sprzedawcy. VAT płacę ja, w cenie towaru, czy usługi. Wy ten VAT tylko odprowadzacie do budżetu centralnego. Brak korekty ceny po obniżeniu stawki VAT należnego, jest ordynarnym kantowaniem klienta i nabijaniem sobie niezasłużonych zysków.
Pomijam, choć może nie powinienem, kwestię przyczyn starania o obniżenie VAT na e-publikacje. Obniżka ta miała ożywić rynek książki. Ktoś mądry dostrzegł, że Polacy czytają coraz mniej książek. Biblioteka Narodowa poinformowała, że według ostatniego badania, w minionym roku czytanie przynajmniej jednej książki w ciągu roku zadeklarowało 37 proc. respondentów.. Czyli blisko 2/3 Polaków nie ma w rękach książki choćby raz w roku.
Dobra zmiana?