Niewidzialna ręka rynku
I.
Będzie o zjawiskach paranormalnych.
Jako człowiek starszy przestaję postrzegać świat całkiem trzeźwo i doszukuję się czasem sił nadnaturalnych, które naszym światem rządzą. Takie postrzeganie rzeczywistości nie jest wcale przywilejem ludzi nie dość wykształconych, do których nie można mieć pretensji o cokolwiek, bo są w sumie nieszkodliwi w szerszej skali.
Gorzej, jeśli ufność w potęgę sił nadnaturalnych przejawiają ludzie ze stopniami doktorów habilitowanych, z tytułami profesorskimi; ufni w swą mądrość, bez względu na wykazywaną specjalizację. Ludzie postawieni na wysokich stanowiskach w Rządzie Rzeczypospolitej z uwagi na stopnie i tytuły. Mądrość przypisana im jest z automatu, bo jak tu odmówić mądrości Profesorowi Doktorowi Habilitowanemu.
Skądinąd jestem zwolennikiem poglądu, że wykształcenie nie ma przełożenia na mądrość (i odwrotnie). Znam wielu mądrych ludzi z siedmioma klasami komunistycznej szkoły podstawowej. I znam wielu głupich doktorów habilitowanych.
A teraz o zjawiskach paranormalnych.
Czym jest „niewidzialna ręka rynku”? To coś w rodzaju metafory, przenośni zastosowanej przez Adama Smitha, XVIII-wiecznego słynnego później ekonomistę, dla zilustrowania bezosobowego charakteru procesów rynkowych. Procesy te miały harmonizować egoistyczne, jednostkowe interesy i zamieniać je we wspólne dobro gospodarującego społeczeństwa. Wg Adama Smitha każdy specjalizuje się w tym, co robi najlepiej, a produkty swej pracy wymienia na rynku. Tam „niewidzialna ręka” (invisible hand) ustala ceny rynkowe, będące wypadkową niezależnych działań sprzedawców i nabywców. Wszelkie zakłócenia naruszające swobodę działania niewidzialnej ręki rynku prowadzą do naruszenia zasady efektywności gospodarowania.
Teraz o zjawiskach normalnych, a przynajmniej za normalne postrzeganych przez patrzących z góry. Zacznę od deregulacji.
Czym jest deregulacja? Jest to zmniejszenie oddziaływania państwa na ekonomiczną sferę kraju w drodze zmian lub wręcz znoszenia regulacji prawnych w wybranych obszarach, uzasadnione właśnie istnieniem „niewidzialnej ręki rynku”.
Deregulacja zawodów, bo tym zjawisku będzie tutaj mowa, polega w sumie na większym lub mniejszym ograniczeniu wymogów nakładanych przez władze w dostępie do określonego zawodu. Znów w nadziei na samoregulację powodowaną przez mechanizmy rynkowe.
W latach 2013-2015 przeprowadzona została deregulacja zawodów w trzech transzach. W transzy pierwszej deregulacja objęła szereg zawodów prawniczych, w tym adwokatów, radców prawnych, notariuszy, komorników, syndyków, kończąc na spawaczach i mechanikach wiertni w zakładach górniczych. W transzy drugiej deregulacją objęto zawody pozostające w kręgu zainteresowania Ministra Finansów oraz Ministra Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej, w tym m.in. osoby prowadzące usługowo księgi rachunkowe, doradców podatkowych, biegłych rewidentów.
Nie oznaczało to oczywiście, że każdy będzie uprawniony do wykonywania zawodów, objętych deregulacją. Częściowo – głównie w odniesieniu do tzw. zawodów zaufania publicznego – zostały tylko ograniczone wymogi formalne, związane z elementami egzaminu, wykształcenia, praktyk czy też stażu pracy. Niemniej część zawodów objęta została deregulacją w stopniu maksymalnym, tak jak księgowi usługowo prowadzący księgi rachunkowe, w odniesieniu do których jedynymi wymogami pozostały: zdolność do czynności prawnych oraz niekaralność.
W uzasadnieniu Ministerstwa Finansów znalazł się zapis: „Kwestie kwalifikacji nie powinny być regulowane przez państwo, to mechanizmy rynkowe i samoregulacja powinny o tym decydować”. Czyli odniesienie wprost do wszechmocnej „niewidzialnej ręki rynku”.
Wiem, że Ministerstwo Finansów spodziewało się m.in. samoregulacji powodowanej przez instytucję obowiązkowego ubezpieczenia OC biur rachunkowych prowadzących usługowo księgi rachunkowe. Stawki ubezpieczenia miały być różnicowane w odwrotnej proporcji do poziomu kwalifikacji personelu skierowanego do prowadzenia ksiąg rachunkowych.
Rząd,
uzasadniając projekty ustaw deregulacyjnych, podał następujące korzyści,
wynikające z wprowadzenia ustaw:
• otwarcie rynku pracy na młodych specjalistów,
• spadek cen, wzrost jakości usług,
• ograniczenie biurokracji,
• spadek kosztów dla przedsiębiorców.
Trudno ukryć wrażenie, iż rząd podejmując decyzję o tak szerokim zakresie deregulacji zawodów, miał na względzie nie tylko nadzieję na samoregulacje rynkowe, ale także wysoki poziom bezrobocia i wynikające z tego faktu oczekiwania społeczne. Wydaje się, że oczekiwania społeczne wygrały ze zdrowym rozsądkiem.
II.
Minęły cztery lata. Można zatem podejmować próby oceny skutków powyższych działań deregulacyjnych. Jeśli napiszę w tej sprawie uwag kilka, to w odniesieniu do deregulacji zawodów prawniczych oraz zawodów związanych z podatkami i księgowością. Są to profesje, z którymi w życiu zawodowym miałem najczęściej do czynienia, a jedną z nich staram się do dziś wykonywać.
Kiedy mamy szanse w danej sytuacji zetknąć się z niewidzialną ręką rynku?
Najprostszą odpowiedzią jest – wtedy, kiedy istnieje rynek. W naszym wypadku – rynek pracy. Ale, czy wtedy, kiedy istnieje nadpodaż rąk do pracy? A zarazem ograniczony popyt na usługi wymagające wysokich kwalifikacji, a przez to usługi drogie?
Kilka słów wyjaśnienia, względem uwarunkowań rynkowych, na przykładzie usług księgowych. Otóż prowadzenie jakichkolwiek obowiązkowych ewidencji traktowane jest przez polskich przedsiębiorców jak swego rodzaju dopust, obliczony na brak możliwości zatajenia przynajmniej części obrotu. Z tego punktu widzenia ewidencja powinna być jak najprostsza, a zapłata za jej prowadzenie powinna być jak najniższa.
No i ten polski kult darmochy. Czyli uporczywe szukanie możliwości bezpłatnego podnoszenia kwalifikacji. Czyli uporczywe szukanie możliwości osiągnięcia zysku bez ponoszenia kosztów. Tak, jakby było możliwe inwestowanie bez ponoszenia wydatków.
Piszę to, by wskazać na nie do końca chyba dostrzegane różnice między rynkami państw zachodnio-europejskich a rynkiem polskim. Polska gospodarka rynkowa jest gospodarką młodą, bez wykształconych mechanizmów rynkowych, a przez to gospodarką dość nieprzewidywalną.
Niewątpliwie nastąpiło otwarcie rynku na ludzi młodych, ale – czy z pewnością młodych specjalistów, którzy potrafią zapewnić właściwą jakość usług? Czy też znaleźli się na rynku cwaniacy, którym pojawiła się szansa łatwego zarobku bez płacenia za błędy.
Można bez większego ryzyka pomyłki spodziewać się spadku cen usług, dającego szanse pozyskania klientów specjalistom o niższych kwalifikacjach. I – nie trzeba Kasandry – by wywróżyć rychły spadek jakości usług. Tym bardziej, że nie wykształciły się mechanizmy kontroli (weryfikacji) jakości świadczonych usług w zakresie rachunkowości, a te, które funkcjonowały – myślę o obowiązkowym audycie sprawozdań finansowych – zostały osłabione.
Spodziewane obniżenie „biurokracji” niewątpliwie nastąpiło – przez to, że Ministerstwa pozbyły się garbu, którym było angażowanie się w procesy regulacyjno-certyfikacyjne. Tak, jak w Ministerstwie Finansów organizującym wcześniej egzaminy „na certyfikat” i wydające certyfikaty.
Czy nastąpił spodziewany spadek kosztów dla przedsiębiorców? Kwestia dyskusyjna. Nastąpił spadek cen usług. Ale też wzrosły koszty naprawy błędów „tanich” fachowców. Są też i błędy nienaprawialne, których wartość mierzy się utratą prestiżu, zaufania kontrahentów, możliwości kredytowania działalności, czy też sankcjami karnymi i karno-skarbowymi.
Czy tak działać miała „niewidzialna ręka rynku” – iluzja, którą zauważył już jej ojciec – Adam Smith. A zarazem mit, którego regulacyjne działanie starają się wykazać od lat rzesze wybitnych ekonomistów. Póki co bezskutecznie.
Z niejakim zdumieniem obserwowałem od kilku lat ogłoszenia reklamowe „kancelarii prawnych”, oferujących usługi, zapewniające uzyskanie na drodze sądowej odszkodowań w kwotach znacznie przewyższających odszkodowania przyznane w przeszłości, Ze zdumieniem, gdyż wiem, że kodeks etyki zawodowej adwokatów zabrania jakiejkolwiek reklamy, a dopuszcza jedynie skąpe „informowanie o prowadzonej działalności”. W odniesieniu do radców prawnych zakaz ten jest mniej wyraźny, niemniej ogłoszenia oferujące deklaratywnie usługi prawne lepsze od fachowej konkurencji byłyby podobnie niedopuszczalne.
Okazuje się, że kancelarie prowadzące wspomnianą reklamę, nie są kancelariami profesjonalistów – adwokatów czy radców prawnych, ale reprezentują je osoby nie wykonujące zawodów społecznego zaufania. Pracują tam nie adwokaci, radcowie prawni czy ich aplikanci, ale tzw. doradcy odszkodowawczy – niekoniecznie prawnicy. Profesjonaliści angażowani są dopiero z momentem wszczęcia postępowania przed sądem. Oczywiście są to profesjonaliści wybrani przez firmy odszkodowawcze (nie przez klienta).
Adwokaci zwracają uwagę na to, że firmy odszkodowawcze działają według reguł obowiązujących zwyczajnego przedsiębiorcę, a zatem nie działa tu tajemnica adwokacka i ochrona danych klienta ze strony Państwa jest iluzoryczna.
Ze strony znajomych adwokatów (i adwokatek) spotykam się z opinią, że traci sens tworzenie i utrzymywanie własnej kancelarii adwokackiej. Bardziej sensowna jest praca w zespole adwokackim, choć i tak bez gwarancji na stały dopływ spraw. Sprawy pojawiają się z klientami, którym „żółtodzioby” w zawodzie „spaprały” sprawę i trzeba ją naprawiać w trybie odwoławczym. To efekt deregulacji zawodów prawniczych, która ułatwiła dostęp do zawodu, np. przez skrócenie czasu aplikacji. Sprawy pojawiają się także w kancelariach, jeśli klient-nieszczęśnik próbował zaoszczędzić na usługach profesjonalisty, posługując się wiedzą zdobytą w internecie lub na forach dyskusyjnych.
Cóż innego pozostaje nie mieszczącemu się na rynku usług prawnych adwokatowi czy radcy prawnemu? Tylko zatrudnienie się na etacie lub umowie zlecenia przy tzw. obsłudze prawnej przedsiębiorstwa lub korporacji. Lub zmiana wykonywanego zawodu – z czegoś żyć przecież trzeba.
W lepszej chyba sytuacji znajdują się doradcy podatkowi. W czytanym przeze mnie interesującym wywiadzie z Prezesem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Księgowych w Polsce (SKwP) – Panem Jerzym Konieckim, wyrażona została opinia, że doradztwo podatkowe działa zazwyczaj w dużych firmach audytorskich i niektórych kancelariach prawniczych. Natomiast zdecydowanie przeważająca część doradców podatkowych zajmuje się prowadzeniem ksiąg rachunkowych, podatkowych ksiąg przychodów i rozchodów – z tego żyją.
Podobnie rzecz się ma z zawodem biegłego rewidenta (choć o tym Pan Jerzy Koniecki nie wspomniał). Rynek pracy dla biegłych rewidentów (wykonujących funkcje audytorskie) skurczył się znacznie wraz parokrotnym w ostatnich latach podnoszeniem w ustawie o rachunkowości kwot limitujących obowiązek badania sprawozdań finansowych, a to w ramach ułatwiania życia przedsiębiorcom. Pozostają w związku z tym biegłym rewidentom o wiele tańsze „przeglądy” sprawozdań finansowych u znających wagę problemu nielicznych przedsiębiorców. Pozostaje im też prowadzenie biur, które świadczą usługi prowadzenia ksiąg rachunkowych dla większych (z reguły średnich) przedsiębiorstw.
O biurach rachunkowych oraz o pogarszającej się jakości świadczonych usług księgowych w obszarze rachunkowości pisałem już na moim blogu, powtarzał się zatem nie będę.
W 2018 roku przeprowadzono z inicjatywy Ministerstwa Finansów ankietę wśród przedsiębiorców, właścicieli biur rachunkowych, księgowych i osób w inny sposób związanych z rachunkowością. Ankieta wykazała, że jakość usług świadczonych przez biura rachunkowe w zakresie rachunkowości istotnie się obniżyła, a zakładane przez ustawę deregulacyjną mechanizmy rynkowe certyfikacji się nie wykształciły.
Takim mechanizmem rynkowym miało być m.in. pojawienie się na polskim rynku organizacji samorządowych, z własnymi kodeksami etyki zawodowej oraz samorządowym systemem dyscyplinarnym. Te organizacje miały zrzeszać i certyfikować zawodowych księgowych, zajmujących się prowadzeniem ksiąg rachunkowych. Nieśmiałe próby, ot, choćby powołania Polskiej Izby Biur Rachunkowych z siedzibą w Kielcach, spaliły na panewce.
Ze wspomnianego wyżej wywiadu z Prezesem Zarządu SKwP dowiedziałem się, że Stowarzyszenie nie pali się do spełniania roli samorządu zawodowego, a poprzestanie raczej na działalności edukacyjnej oraz certyfikacji zawodu. Pewne nadzieje wiązane są z uchwaleniem ustawy o zawodzie księgowego – być może nad projektem takiej ustawy pracuje Ministerstwo Finansów, bo o powrocie do dawnego systemu certyfikacji mowy być chyba nie może.
Podsumowując, trzeba uznać, że podstawowe założenia deregulacji zawodów w interesującym mnie obszarze, nie zostały spełnione i nie zapowiada się, że będą spełnione w przyszłości.
W zasadzie można byłoby zgodzić się z twierdzeniem, że „niewidzialna ręka rynku” zacisnęła się w opisywanym przypadku w „niewidzialną pięść rynku”. Oby pogłaskanie tą pięścią przywróciło rządzącym rozsądek.
4 komentarze
salus12
Wiem, ze deregulacje zafundowala poprzednia ekipa wiec nie sprezalem sie, by dolozyc obecnej. Chodzilo mi raczej o mechanizm uprawiania polityki spolecznej, zatem nie zgadzam sie, ze z polityka temat nie ma nic wspolnego. Na dodatek sam piszesz o „niewidzialnej ręce rynku”, ktora „zacisnęła się w opisywanym przypadku w „niewidzialną pięść rynku”. A nastepnie wyrazasz nadzieje „Oby pogłaskanie tą pięścią przywróciło rządzącym rozsądek”, co odczytuje jako apel do swiata polityki.
To, ze specjalnoscia mlodych jest czarna niewdziecznosc, wiem rownie dobrze jak Ty, nie mniej jedna z moich o pokolenie mlodszych kuzynek wrecz obnosila sie z wyborcza wdziecznoscia za „otwarcie dostepu do adwokatury”, ze podam znany mi przyklad. Moze wiec tylko szkoda, ze wszyscy chcieli dobrze a wyszlo jak zawsze.
admin
Nie uprawiam polityki. Może szkoda, bo spory polityczne cieszą się dużo większym zainteresowaniem, niż problemy rachunkowości.
Apelowanie do świata polityki, to jeszcze nie polityka. To raczej próba wywołania zainteresowania polityków problemem, który realnie istnieje i ma przełożenie na negatywne zjawiska, które nam przeszkadzają, a także mogą się odcisnąć poniżej pleców rządzących.
Polityka społeczna w działalności politycznej pojmowanej ogólnie, to wyższa szkoła jazdy. Za błędy polityki społecznej płaci się najdrożej. Ze skutkami na dziesięciolecia.
Dzięki za komentarze.
salus12
Drogi adminie, Twoja analize przeczytalem z zainteresowaniem i przyjemnoscia ograniczona jedynie
swiadomoscia skutkow przeprowadzonych deregulacji. Jak sadzisz, czy podobne opracowania trafily na ministerialne biurka? Innymi slowy – czy w zawodowych srodowiskach przebakuje sie o ewentualnych korektach? Zgadzam sie rowniez z Twoja opinia, ze wyksztalcenie formalne nie przesadza ani o wiedzy ani o madrym umeblowaniu glowy. Mysle jednak, ze utytulowani decydenci dostaja sie na swoje rzadowe stanowiska z klucza, ktory niekoniecznie musi miec cos wspolnego z kompetencja. Wygrywa ona z uzytecznoscia polityczna, „dlugami wdziecznosci” itd. No a poza tym wszystkim te deregulacje byly przeciez swojego czasu uklonem w strone mlodych, ktorzy przestepowali z nogi na noge, czekajac na miejsce w zawodowym szeregu; prezentem skalkulowanym na wdziecznosc potencjalnego wyborcy. No wiec teraz powstaje pytanie na ile wiara w samoregulacje rynkowe wiara ci byla, a na ile wygodna zaslona dymna?
admin
Pozwolę sobie zauważyć, że opisana deregulacja zawodów miała miejsce za rządów poprzedniego zespołu „u koryta”, stąd jakiekolwiek odniesienia polityczne są nie na miejscu. Zresztą ów zespół „u koryta” nie zasłużył sobie widocznie na wdzięczność, bowiem z kretesem przegrał i ustąpił miejsca „u koryta” przeciwnikom politycznym. A młodzi wyborcy, jak to młodzi – kontakty ze starszymi i ewentualne pożytki z niego wynikające, widzą na zasadzie ruchu jednostronnego, czyli dosiębiernego. Rewanżować się ani myślą. To każdy rodzic może zauważyć. Widocznie politycy zjawiska tego nie są w stanie dostrzec.
Uchwalenie ustaw deregulacyjnych było poprzedzone tzw. konsultacjami społecznymi, podczas których przestrzegano przed skutkami zbyt głębokiej deregulacji. Widocznie zawód księgowego nie cieszył się na tyle dostatecznym prestiżem, by trzeba było jakiekolwiek rozsądne regulacje pozostawić. I stało się tak, jak to w ludowym powiedzeniu – jak się do niczego nie nadajesz, pozostaje ci zawsze zawód polityka i księgowego.
O korektach ministerialnych dotyczących regulacji zawodu księgowego, owszem, przebąkuje się. O innych zawodach, w tym prawniczych, nie słyszałem. Jak dowiem się coś konkretnego, spróbuję coś o tym napisać.