Zaskoczenia i zadziwienia

Miało nie być o polityce…

Mam ostatnio problem z pisaniem, bo wszystkie moje próby kończą się zdaniami zabarwionymi bieżącą polityką. A ja postanowiłem z założenia wystrzegać się tematów, które ustawiają autora po którejś ze stron aktualnych sporów przedwyborczych. Tyle, że jest to ogromnie trudne.
Przynajmniej zastrzegę się tutaj – nie jestem zdecydowanym zwolennikiem żadnego z komitetów wyborczych, figurujących w ewidencji PKW. Każdemu z komitetów jestem w stanie przypisać duże ilości plusów dodatnich i niemniejsze ilości plusów ujemnych (sorry, Lechu, za naruszenie praw autorskich). I nie jestem jeszcze pewny, w którym okienku na karcie do głosowania postawię swój „X”. Dotychczasowa kampania wyborcza i teksty w niej głoszone odstręczają od jakiegokolwiek angażowania się. Ale na wybory wybiorę się na pewno. Bo mój lichy, emerycki głos zmarnować się nie może. Zagłosuję pewnie na tych najmniej szkodliwych.

A tutaj chciałbym napisać coś mało politycznego. Chciałbym napisać o teraźniejszości i przyszłości. O zdziwieniach i zaskoczeniach pojawiających się w optyce księgowego emeryta, których to zdziwień i zaskoczeń niemało w mało nudnym bieżącym czasie. Może spróbuję w sprawie wykształcenia i wychowania młodych pokoleń Polaków. Problem ogromnie ważny, a bardzo mało rozsądnych głosów kampanijnych w tej sprawie.
Takie będą Rzeczpospolite…
Pewnym wyznacznikiem w tej kwestii są dla mnie postawy młodych Polaków względem swojej przyszłości zawodowej i zdobywania sobie tzw. miejsca w życiu. Zmieniło się tu mocno na fali przemian ustrojowych.

Nie mogę nie pamiętać czasów tzw. komuny.
Sposobów zdobycia bezpłatnego wykształcenia, przynajmniej na poziomie średnim, było wiele. Wykształcenie wyższe nie było również nieosiągalne, choć trzeba było wykazać się pewnym samozaparciem w zdobyciu wiedzy wystarczającej do zdania egzaminu wstępnego. Osobiście oceniam likwidację przeszkód w zdobywaniu wykształcenia dla osobników z tzw. warstw robotniczo-chłopskich za jedno z najważniejszych osiągnięć słusznie minionego ustroju społeczno-politycznego.
Problem zatrudnienia nie istniał. Pracować za jakim takim wynagrodzeniem mógł każdy. Osobnik kończący studia wyższe, jeszcze przed wydaniem dyplomu ukończenia studiów wiedział z reguły, gdzie będzie pracował i na jakim stanowisku.

W naszym, w miarę nowym ustroju społeczno-politycznym (znaczy – nie nazywanym już komuną) jest inaczej. Dojście do egzaminu maturalnego jest swego rodzaju wyzwaniem – jest to swoisty bieg z przeszkodami. Studiujesz stacjonarnie, jeśli Cię i Twoich rodziców na to stać – nawet studia tzw. bezpłatne wiążą się z niemałymi wydatkami, a to najem mieszkania, a to wydatki komunikacyjne, pomoce naukowe, wyżywienie, życie studenckie (imprezy). Jeśli nie do końca Cię stać, trzeba szukać czasowego zatrudnienia, stypendium lub kredytu studenckiego.
Po ukończeniu tych studiów czeka cię poszukiwanie pracy, bez gwarancji pozytywnego efektu.

No dobrze młody człowieku, masz szczęście, skończyłeś studia, szukasz pracy, szukasz swojego miejsca w życiu. I tu pojawia się czynnik ustawiający Cię, który nazywam właściwym wychowaniem. Że jest to czynnik zupełnie niezależny od wykształcenia, przekonywać nie muszę. Do pozyskania od rodziców, nauczycieli, a nawet mistrza w zawodzie. Szkoda, że najlepiej to widać dopiero z perspektywy wieku.

Jeśli nie dasz Młody Człowieku za wygraną i pozostaniesz w kraju, to pozostaje Ci zmieścić się gdzieś pomiędzy dwoma biegunami postaw, które charakteryzuje nasze narodowe podejście do życia zawodowego.

Jeden biegun, to podejście oparte na dążeniu do profesjonalizmu, uporządkowane, zmierzające do osiągnięcia jak najwyższego poziomu znajomości zawodu. Nie podlega to podejście presji czasu – delikwent kształci się nieustannie. Przedstawiciel tego podejścia wiele czyta. Rozwija wiedzę ogólną, co kształtuje umiejętność tzw. niezależnego myślenia. Umiejętności zawodowe wykorzystywane są z naciskiem na wysoką jakość wykonywanej pracy, z przykładaniem często drugorzędnej wagi do efektów materialnych wykonywania profesji.
Podejście przeciwstawne oparte jest na niezłej, acz w sumie nieugruntowanej znajomości wykonywanego zawodu, co pozwala jednak osiągnąć w miarę szybko satysfakcjonujący status materialny i utwierdzić się w przekonaniu o bezcelowości dalszego kształcenia. Z momentem tym intensyfikuje się pogoń za pieniądzem, zmierzająca do maksymalnego zdyskontowania posiadanej wiedzy. Jakość wykonywania pracy traci z czasem znaczenie, liczy się za to optymalizacja oparta na minimalizacji wkładanego wysiłku na rzecz odwrotnie proporcjonalnego uzysku materialnego. Przedstawiciel takiego podejścia do zawodu rzadko czyta książki, woli oglądać filmy.

Inaczej, z lekka kolokwialnie rzecz ujmując, mamy do czynienia z dwoma wzorami fachowców. Wzór pierwszy, typ myśliciela, kształci się, bo tak mu się podoba. Mamy do czynienia w gruncie rzeczy z frajerem. Nie ma o kim pisać.
Wzór drugi, to typ polskiego, drobnego biznesmena. Piszę o polskim biznesmenie, bo to biznesmen wychowany w polskich warunkach, specyficznych dla przełomu wieków, w którym pojawiła się zasada TKM, czyli: „Teraz Ku.wa My”. W gruncie rzeczy typ cwaniaka, uważającego za słuszną maksymę „nie narobić się, a zarobić”. Nie po to, by rozsądnie maksymalizować pożytki z działalności zawodowej, a po to, by zaszpanować dobrym samochodem, drogim smartfonem, czy fejsbukowymi fotkami z rodzinnej podróży zagranicznej. Marzeniem takiego osobnika jest ustanowienie się Prezesem.

Jest wyjście trzecie. Jeśli masz problemy ze zmieszczeniem się między opisanymi wyżej biegunami postaw zawodowych (czyli niewiele Ci w życiu wychodzi) – zawsze możesz iść do tzw. polityki. Polityka nie wymaga wiedzy, nawet na elementarnym poziomie, na ogół wystarcza lojalność i ręce sprawne do oklasków. Jeśli tę wiedzę jednak masz, a zwłaszcza wtedy, gdy masz umiejętności organizatorskie, w tym manipulowania postawami ludzkimi, w polityce możesz osiągnąć bardzo wiele.

Szczególną grupą w polityce są tzw. kombatanci – ludzie zasłużeni pono w walce z „komuną”, tworzący swoisty klan, potrafiący przykryć swoje błędy swoimi zasługami, a z zasług tych czerpać profity. Nawet wtedy, gdy zasługi te są mizerne, czy wręcz wydumane, a wykazana w walce z „komuną” odwaga cokolwiek przesadzona. Kombatantom nie daje się w życiu zginąć.

Mam jeszcze w tzw. krótkiej pamięci księgowego przepojony szacunkiem  stosunek do Ministerstwa Finansów, przejawiany w rozmowach, czy dysputach na tematy związane z rachunkowością, czy podatkami. Kontrola podatkowa, czy skarbowa budziła i budzi niekłamany szacunek. Bo co, jeśli nie rozpoznam przychodu i nie odprowadzę od tego przychodu należnych podatków? Bo co, jeśli nie zauważę, że biznesmen, u którego jestem zatrudniony, zastosował, w porozumieniu z doradcą podatkowym, podejrzany mechanizm optymalizacji podatkowej?
Wtedy, jeśli mam się za fachowca, powinienem zmienić o sobie zdanie.

O Prezesach Najwyższej Izby Kontroli mam prawo mieć zdanie nieugruntowane. W końcu sam miałem stać się w 1982 roku inspektorem kontroli państwowej w tej instytucji. A nie stałem się tylko z racji zabarwienia mojego życiorysu przynależnością do NSZZ „Solidarność” (podówczas Prezesem NIK był niejaki Mieczysław Moczar, a Polskę nazywano jeszcze „moczarstwem”). Niemniej do samej instytucji nie straciłem zaufania.

I co ja mam myśleć sobie dziś, kiedy dowiaduję się, że były Wiceminister Finansów RP, sprawujący jednocześnie funkcję Szefa Krajowej Administracji Skarbowej, były Minister Finansów RP i aktualny Prezes NIK jest niezaprzeczalnie zamieszany w bezpośrednie, koleżeńskie kontakty z odrażającymi osobnikami trudniącymi się seksbiznesem oraz biegającym po Krakowie z siekierą lub piłą łańcuchową. Ponadto okazuje się, że Pan Prezes NIK stosował podejrzane optymalizacje podatkowe polegające na znacznym zaniżaniu podstawy opodatkowania przychodów z najmu.

I, co dla mnie najbardziej kompromitujące, jest to gość w pełni świadomy tego, co robił i nie dostrzegający w swym postępowaniu niczego kompromitującego. Spokojnie idzie na urlop po uprzednim zrujnowaniu konstytucyjnego zarządu NIK dla posadzenia na fotelu jedynego wiceprezesa swojej dobrej, nie najbardziej kompetentnej znajomej.

Widząc to jestem szczęśliwy, że zdążyłem doczekać zasłużonej, niezłej emerytury i mogę oceniać powyższe fakty li tylko w kategoriach emocjonalnych, bez wyciągania wniosków i brania przykładu z góry, co do swoich zachowań profesjonalisty.

Jedyne czego się bać mogę bardzo, to wygłoszonej w toku kampanii wyborczej zapowiedzi ustawowego, na początek prawie dwukrotnego podwyższenia minimalnej płacy pracowniczej. Obietnica taka rzucona została w wyborczej licytacji sposobów zwiększenia dobrostanu Polaków o najniższych dochodach. Obietnica pozornie przemyślana, bo trafiająca dokładnie w gust szerokich rzesz zwolenników totalnej darmochy. Ludzie myślący popukali się za to w czoło. No jakże to, najniższa płaca prawie dwukrotnie w górę, a co z pozostałymi, nie najniższymi płacami. Przecież powinny wzrosnąć w podobnej relacji. Zresztą nie tylko płace, ale i inne wynagrodzenia, I świadczenia, także emerytalne. Czy można przypuszczać, że w tej sytuacji nie wzrosną ceny dóbr konsumpcyjnych, a nieco później także i pozostałych dóbr? Pytanie retoryczne, co przyznają pewnie ludzie pamiętający hiperinflację lat 1989-1990.

Ludzie myślący podejrzewają, że obietnica blisko dwukrotnego podwyższenia w przyszłym roku płacy minimalnej w Polsce jest obliczona w sumie na to, że ciemny lud to kupi, że posłużę się cytatem ze słów naszego, najjaśniej panującego premiera.

I zaczynam zadawać sobie po raz kolejny pytanie – kiedy w naszym kraju zakończona zostanie wojna polsko-polska o władzę, coraz bardziej przypominająca walkę o miejsce przy korycie. Przekonuje mnie zasłyszany, czy wyczytany pogląd, że dopiero wtedy, gdy wymrze ostatnie pokolenie pamiętające czasy „komunizmu” w Polsce.

2 komentarze

  • salus12

    Wojna polsko-polska trwać będzie zapewne jeszcze długo i można mieć tylko cichą nadzieje, że z czasem ucywilizuje się i zmieni w utarczki na koncepcje i programy. Być może istotniejszą rolę spełnią w tym dziele kobiety? W finansach mają zdaje się już teraz co nieco do powiedzenia. Ale nic za darmo – w Polsce i poza jej granicami. Kiedyś wpadła mi w ręce książka „W męskim towarzystwie. Moje życie w polityce” Heide Simonis (SPD), która przez 11 lat rządziła (jako pierwsza w Niemczech „baba”) w Szlezwiku-Holsztynie, a przedtem zdążyła kierować ministerstwem finansów Bundesrepubliki. Rozpoczęła wyznaniem, ze najprawdopodobniej nigdy nie osiągnęłaby stanowiska premiera w rodzinnym landzie, gdyby nie to, ze „potrzeba chwili” dyktowała konieczność pojawienia się nowej, „niezużytej” twarzy na pobojowisku, które zostawili po sobie panowie. Może wiec wśród polskich „paprotek” i „aniołków” rośnie nadwiślańska Heide, której istnienia nawet nie podejrzewamy?

    • admin

      Dużo w tym racji. Zresztą głosy o potrzebie włączenia do rządzenia większej ilości kobiet (co sprawić mają głosujące kobiety) pojawiły się w końcowej fazie polskiej kampanii wyborczej. Ja jestem za – zawsze wolałem potyczki na argumenty, niż na pięści, w czym celują panowie.

Zostaw odpowiedź